„Jestem coachem” – to brzmi dumnie.

Do niektórych wpisów zbieram się długo – kolekcjonuję doświadczenia, obserwuję, sprawdzam, czytam. Do tego wpisu chwilę dojrzewałam, a ostatecznie do napisania zmotywowała mnie zasłyszana historia.

Otóż usłyszałam, że na pewnym spotkaniu ktoś, kto uchodzi za wspierającego rozwój osobisty (piszę tak, ponieważ po wniosku z tej historii to w sumie nie wiem, jakiej nazwy zawodowej użyć) odżegnywał się od bycia coachem jak diabeł od święconej wody. Bo spotkania „zarób milion w tydzień”, bo filmiki na youtube, bo żarty z „zostań zwycięzcą”, bo manipulacja. I skoro ci wszyscy dziwni ludzie, prowadzący różnej maści spotkania, nagrywający filmiki i robiący inne rzeczy mienią się „coachami”, to ta osoba wstydzi się przedstawiać jako coach. Zresztą, to nie pierwsza sytuacja, kiedy coś takiego usłyszałam. Grono wstydzących się rośnie czy co?

Gdy o tym usłyszałam, najpierw zrobiło mi się smutno. Tak, po prostu smutno. Tak zawodowo ale też osobiście. Ponieważ jeśli mamy do czynienia z kimś, kto wspiera rozwój osobisty, a nie potrafi rozróżnić choćby mówcy motywacyjnego od coacha, to co mówi klientom na spotkaniach? W sumie… na to pytanie padła już odpowiedź. Po prostu mówi, że wstydzi się być coachem.

Jednak po chwili smutku naszła mnie taka refleksja. Może się nie nazywać coachem, ja nie namawiam, broń Boże. I nawet uznaję, że to dobrze. Bo skoro takie rzeczy opowiada, to po prostu coachem nie jest.

Dla jasności: coach pracuje pytaniami i jest od towarzyszenia Ci w rozwoju. Wierzy, że masz w sobie potencjał do znalezienia odpowiedzi na pytania i siłę do wprowadzenia zmian. Pracuje indywidualnie lub grupowo, z ustalonym celem. Mówca motywacyjny natomiast jest od podniesienia energii, podrzucenia inspiracji (niestety bardzo często krótkotrwałej), występowania przed dużymi grupami ludzi. To też może być potrzebne, lecz trzeba pamiętać, że przeważnie efekt podniesienia energii i motywacji jest krótkotrwały (chociażby z tego powodu, że w trakcie wystąpień mówców działa też mnóstwo innych elementów zewnętrznych, jak chociażby obserwacja reakcji innych ludzi, poczucie wspólnoty, które ustają po opuszczeniu spotkania). Nie ma w tym nic złego, proponuję jednak traktować korzystanie z tej formy jako pomocniczej, a nie głównej w temacie budowania motywacji do działania.

Wracając do głównego wątku: nie wstydzę się być coachem. Jest wielu ludzi w tym zawodzie, którzy robią świetną robotę w zaciszu swoich gabinetów, akredytują się, podnoszą kwalifikacje. I to, że ktoś inny sknoci swoją robotę, nie znaczy, że ja mam się wstydzić swojej – tej dobrze zrobionej. Czy słyszeliście kiedyś, żeby np. lekarz (zawód wybrany przypadkowo, podstawcie sobie każdy inny) przestawał mówić o sobie „jestem kardiologiem”, bo kardiologowi na drugim końcu kraju operacja się nie udała?

Przykre to, że zamiast uświadamiać, podawać dalej wiedzę o tym, czym coaching jest, umacniać dobre praktyki, są tacy w naszym środowisku, którzy świadomie strzelają sobie i innym w stopę. Oczywiście, że jest mnóstwo przypadków, gdy ktoś nazywa coachingiem coś, co de facto nie ma z nim nic wspólnego. Nie mam wpływu na to, co zrobią inni, ale wiem, co ja mówię o coachingu. Reaguję, informuję, daję przykłady ze swojej praktyki. Uważam,  że nie pozostaje nic innego, jak robić swoją robotę dalej. Spokojnie, po cichu, w standardach.

I z podniesioną głową.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich tych, którzy się nie wstydzą 🙂