Co z tym Grzesiakiem, co z tym Jakóbiakiem? Czyli jak łatwo „zostać” coachem.

W Polsce wyjątkowo łatwo zostać coachem. A raczej… zostać nim mianowanym.

I nie chodzi tu o mianowanie związane z prestiżem i honorami. Chodzi niestety o brak wiedzy i ignorancję ludzi, którzy o coachingu mówią i piszą nie wiedząc nic i nie wykazując choćby najmniejszej chęci zgłębienia tematu.

Od jakiegoś czasu przelewają się przez sieć różne rewelacje o rzekomych coachach pracujących w… hmmm… dziwny sposób. Nie będę wnikać, przytaczać, dla wskazania kierunku napiszę tylko tyle – jakoby siłą coachingu mogło być usuwanie zmian w ciele siłą woli. I na tym poprzestanę. Po tym poleciały artykuły o tym, jaki to coaching jest zły i jacy to ludzie się tym zajmują. Obiecałam sobie, że przy wszystkich pseudo hitach i hejtach w sieci zachowam spokój i po prostu będę robić swoje. Jednak po kolejnym wpisie znajomego psychologa, który podlinkował tekst z błędami o coachingu oraz kolejnej wiadomości „zobacz, co robi Twój kolega po fachu” odpuściłam sobie trzymania się częściowo tej obietnicy. Częściowo, ponieważ nadal robię swoje i mówię o prawdziwym coachingu, jednak nie zachowam milczenia w temacie.

Przypominam (w skrócie) i objaśniam: coach to zawód, wpisany na listę zawodów pod nr 235920. Jednak to nie jest jednoznaczne z regulacją prawną w kontekście np. zasad kontraktu coachingowego, prawa wykonywania zawodu itp. Z tego też powodu, w sumie o każdym – i każdy o sobie – może powiedzieć „coach”. I tak się często dzieje. Podstawową, absolutnie podstawową sprawą w sprawdzaniu przygotowania coacha do zawodu jest dla mnie akredytacja – mi odpowiadają standardy International Coach Federation ICF i zgodnie z nimi pracuję już 5 lat. Wierzę w coachów z przygotowaniem psychologicznym (i są tacy ludzie na szczęście!), nie zgadzam się na wchodzenie w procesy rozwoju osobistego przez osoby bez bazy wiedzy z zakresu psychologii, to jest zawsze (zawsze!) praca na żywym organizmie, relacjach, emocjach, procesach zarządczych – to są ważne rzeczy i nie można ich powierzać w przypadkowe ręce.

Irytuje mnie nie tylko ignorancja dziennikarzy, ale też części środowiska związanego z pomaganiem ludziom i rozwojem osobistym. Kiedy widzę, że dyplomowany terapeuta wrzuca na swój fanpage tekst, gdzie coachingiem nazywane są wszelkie formy hochsztaplerstwa, to dostaję piany. Bo to znaczy, że nie chciało mu się w google wpisać jednego hasła, żeby znaleźć definicję. Oczywiście, nie ma co się obrażać na rynek – jeśli ktoś potrzebuje wróżki, która powie o sobie, że jest coachem, niechże do niej idzie. Jego sprawa, jego pieniądze. Ale niech ludzie zajmujący się na poważnie pomaganiem innym mają choćby podstawową wiedzę o prawdziwych procesach coachingowych.

Śmieszy mnie też postawa tych, którzy generalnie brzydzą się coachingiem, kiedyś się szkolili w tym zakresie, a teraz mówią, że to wstyd mówić o sobie, że jest się coachem. Ale, ale… wystarczy, że do projektu potrzeba kogoś, kto powie o sobie coach – to cyk! – wyjmuje się zaświadczonko ze szkolonka i już się pieniążki zarabia. I wtedy już coachem być wypada.

Nie będę wylewać kolejnych hejtów na środowisko (swoją drogą bardzo zróżnicowane i pełne cudownych ludzi, akredytowanych, którzy zajmują się tematem fachowo, merytorycznie – ogromny szacunek!) i skupię się na zaproszeniu Was do nowego zadania – zamiast płynąć z prądem (tych, co bronią lub tych, którzy atakują) będziecie mieli okazję sami wyrobić sobie opinię. To jest mniej popularne niż hejterstwo, ale co tam, do odważnych świat należy, warto włączyć mózg i odważyć się na swoje zdanie.

Za czasów licealnych mój wychowawca, który był jednocześnie naszym nauczycielem historii i WOS-u, mawiał, że żeby wyrobić sobie zdanie na temat aktualnych wydarzeń politycznych, należy mieć wiedzę oraz poznawać różne źródła, np. czytać prasę od prawa do lewa (czyli w dzisiejszych realiach od np. „Do rzeczy”, „Gazety Polskiej” przez „Gazetę Wyborczą”, „Wprost”, „Politykę” po „Krytykę Polityczną” – dobór przypadkowy). I ja mu uwierzyłam i nadal wierzę. W związku z tym  podpowiadam Wam kilka źródeł, które warto zobaczyć i przeanalizować na własną rękę.

Tutaj znajdziecie wypowiedź Mateusza Grzesiaka na temat informacji z przeszłości i jego rozwoju. Szczególnie polecam wytężyć uszy i głowę, kiedy mówi wprost, że NIE jest coachem (!).

W tym miejscu z kolei zobaczcie krytyczną analizę wypowiedzi Mateusza dokonaną przez Piotra Marszałkowskiego.

Jak teraz Wasze zdanie?

Ten tekst to inne spojrzenie na sytuację wywołaną przez manipulację Łukasza Jakóbiaka. No tak, napisałam „manipulację” – bo jednak uważam, że jest różnica między wizualizacją a inscenizacją. Rozumiecie?

Amerykanie z kolei patrzą na to jak na stalking.

A Maćkowi „Mediafun” się podobało. Tak na marginesie – twórca całego zamieszania mówi wyraźnie „nie jestem coachem, jestem mówcą motywacyjnym”. Słyszycie to?

I jak teraz Wasza perspektywa?

Jestem ciekawa Waszego zdania – co wiecie, a czego nie wiecie o coachingu? Co Was niepokoi? Może coś słyszeliście i nie wiecie, czy to prawda? Pytajcie. Dajcie znać, chętnie odniosę się do konkretnych kwestii w kolejnych tekstach. Dobrego dnia!