Post napisany 28.03.2021, powrót do przeszłości nastąpił dnia 28.09.2025
Minął ponad rok od pierwszych doświadczeń z home office bez wyboru.
Nie miałam problemu z tą formułą pracy, wręcz jestem zwolenniczką łączenia pracy w biurze z home office. Uważam, że to świetnie wzmacnia efektywność, umożliwia skupienie na zadaniach, które sama wybieram w danej chwili. Plusem jest też to, że home office w dużej mierze chroni (przynajmniej mnie :)) od zadań typu „Aga, masz chwilkę?”.
To, co początkowo wydawało się błogosławieństwem, szybko zaczęło smakować… no cóż, mniej więcej jak kanapka z musztardą i dżemem. Da się zjeść, ale po pewnym czasie masz wrażenie, że świat się skurczył do rozmiarów Twojego biurka, a życie jest nieustającym pasmem telekonferencji przeplatanych budowaniem bazy z poduszek.
Pierwszy wniosek w tym korona-maratonie pracy z domu? Granice. A właściwie ich brak. Home office w teorii miał dać nam elastyczność. W praktyce okazał się całodobowym, nienegocjowalnym dyżurem. Biuro wylewało się na dywan, a ja, próbując żonglować laptopem, obowiązkami i płaczącym trzylatkiem, czułam się jak klaun na arenie. Tylko że nikt nie kupił biletu na ten cyrk.
Dzięki literaturze psychologicznej od lat wiemy, jak ważne są rytuały przejścia (choćby poranna kawa, kiedy dom jeszcze śpi, dojazd do pracy) – to one mentalnie zamykają jeden rozdział dnia i otwierają kolejny. Kiedy masz biuro w kuchni, te rytuały znikają. Jesteś ciągle w trybie „on”, a to prowadzi do piekielnego przeciążenia poznawczego. Mózg jest stale poddenerwowany, bo musi jednocześnie monitorować: maila, deadline’y, obiad i to, czy dziecko właśnie nie próbuje wkładać widelca do kontaktu. A pamiętajmy, że nasz mózg, choć jest superkomputerem, ma ograniczoną moc obliczeniową (o tym, jak to wpływa na decyzje, można napisać osobny wpis!). Badania nad wielo-zadaniowością są bezlitosne – to mit! Robimy tak naprawdę szybkie przełączanie kontekstów, co kosztuje naszą energię i efektywność.
A teraz crème de la crème, czyli praca i opieka nad małymi dziećmi w jednym. Powiedzmy sobie szczerze: ten scenariusz to gotowy przepis na wypalenie rodzicielskie, partnerskie (możecie nazwać małżeńskim) i zawodowe jednocześnie. Psychologowie mówią o zjawisku „role conflict” (konflikt ról). Kiedy role – pracownika, szefa, rodzica, nauczyciela, kucharza – nakładają się na siebie w tej samej przestrzeni i czasie, mamy murowaną katastrofę.
Ja miałam wrażenie, że moje poczucie własnej wartości zależy od tego, czy uda mi się zamknąć prezentację, zanim syn zdąży zjeść kredkę. To jest toksyczne wymaganie! To prowadzi do ciągłego poczucia winy – albo zaniedbujesz pracę (i masz lęk przed konsekwencjami niewykonania zadania, a w głowie masz szalony budzik wrzeszczący: deadline, deadline!), albo dziecko (i masz lęk przed byciem „złym rodzicem”).
Zabawne i przewrotne? Trochę tak, ale konsekwencje są poważne. Długotrwałe przebywanie w stanie wysokiego alertu (bo przecież nie wiesz, kiedy zza drzwi wyskoczy mały sabotażysta – i to niekoniecznie musi być o Twoich dzieciach!) podnosi poziom kortyzolu – hormonu stresu. A to, moi drodzy, jest autostrada do problemów ze snem, koncentracją i – o zgrozo! – jeszcze większej irytacji na pytania typu „Aga, masz chwilkę?”.
Wnioski? Home office jest fantastycznym narzędziem, ale jak młotek – użyty niewłaściwie, może narobić szkód.
- Stwórz granice czasu i przestrzeni na tyle, na ile to możliwe: To nie musi być osobny pokój – czasami go po prostu nie ma, a ja mam wrażenie, że niektórzy „kołczowie” i „doradzacze” ze świata showbiznesu zapomnieli, że nie każdy mieszka w willi na obrzeżach miasta z widokiem na zatokę. Wystarczy, że zadeklarujesz, że po 17:00 laptop jest zamknięty i idzie spać do szafy. A praca przy biurku to praca, a nie opieka (i na odwrót!).
- Oddziel się psychicznie, choć na chwilę: Spacer wokół bloku, 5 minut z ulubioną muzyką, cokolwiek, co symbolicznie oddzieli „biuro” od „domu”. Nie buduj scenariusza „max” – jeśli nie wygospodarujesz godziny, i tak to zrób. Lepiej 10 minut niż wcale. Naprawdę!
- Bądź dla siebie łaskawy, bądź dla siebie łaskawa: Jesteś człowiekiem, a nie maszyną do generowania zysków i wychowywania genialnych dzieci. Dzieci przerywają, maile czekają. I co z tego? Jesteś tu i teraz. Teraz przytulisz dzieci, za chwilę odpiszesz na maila. Dokończysz raport i przejdziesz do gotowania.
Masz jakie masz patenty na to, żeby nie zwariować, kiedy biuro zagnieździło się w Twoim salonie? Eksperymentuj, zawsze to nowe doświadczenie 🙂