„Jutro zacznę” i inne bzdury.

Przyznaj się. No weź. Ile razy z zapałem godnym olimpijki ruszałaś do walki o „nową, lepszą wersję siebie”? Noworoczne postanowienia? Poniedziałkowe starty? Pierwsze trzy dni nowej diety, kiedy myślałaś, że właśnie złapałaś Boga za nogi, a potem… cóż, potem przyszedł Czwarty Dzień Chaosu i cały misterny plan zniknął pod lukrem pączusia?

Ja nie mogę pisać takich rzeczy, pączka bym zjadła.

Dobra. Ad rem.

Wszędzie trąbią o nawykach. O regularności, o dyscyplinie. Sprzedają nam wizję życia niczym w szwajcarskim zegarku, gdzie każda sekunda jest na swoim miejscu, a sukces to prosta linia wspinająca się nieustannie do góry (wspinać w dół raczej się nie da, swoją drogą). Brzmi pięknie, prawda? A ja mam dla Was małą-wielką, przewrotną radę: Miejcie ten swój szwajcarski zegarek w głębokim poważaniu. Przynajmniej na początku, przynajmniej od czasu do czasu.

Badania psychologiczne jasno pokazują, że powtarzalność działa – nasz mózg oszczędza energię, automatyzując procesy. To jest czysta nauka i jeśli jesteście zwolennikami i zwolenniczkami atomowych nawyków – podziwiam i wypraszam z czytania dalej 😉 No nie wszyscy tak mają, serio.

Ponieważ jest też druga strona medalu, ta, o której mniej się mówi i mniej podziwia: zbytnia presja perfekcyjnej regularności może być największym zabójcą motywacji. Co najgorsze, odbiera siłę do bycia wytrwałym.

Kiedy po raz pierwszy „odpuszczasz” – jesz ciastko, odpuszczasz bieganie, nie piszesz jednego akapitu – Twój wewnętrzny krytyk perfekcjonista wyciąga łuk i strzela prościutko w poczucie własnej wartości. Słyszysz w głowie: „Nie udało się. Znowu. Jesteś do niczego. Skoro nie dałeś rady, to już bez sensu. Zaczniesz od następnego poniedziałku… albo roku. W sumie… to zjedz jeszcze jedno, co tam”.

Wiecie, co to jest? To np. może być efekt wszystko albo nic. Albo perfekcyjna regularność (100%), albo totalna kapitulacja (0%). Zero odcieni szarości. A ja Wam mówię, że w życiu, a szczególnie w zmianie, rzadko kiedy jest 100%. Pytanie do refleksji: Czy zdajesz sobie sprawę, ile razy straciłeś 90% potencjalnych korzyści, bo uznałeś, że brak Ci tych perfekcyjnych 10% dyscypliny?

Porzućmy na chwilę aspiracje do stania się robotem zaprogramowanym na sukces. Spójrzmy na siebie jak na ludzi, którzy mają gorsze dni, kryzysy, przeziębienia, pilne projekty i… ochotę na chipsy.

Chipsy. Czemu ja napisałam o chipsach? Jakiegoś chrupka by człowiek wsunął.

Jeden dzień bez cukru – nawet jeśli jutro zjesz tort – jest lepszy niż zero dni bez cukru. Trochę przewrotnie, ale mam nadzieję, że przekaz jasny 😉

Jeden 15-minutowy spacer wokół bloku, w deszczu, z zaciśniętymi zębami – jest lepszy niż leżenie i stresowanie się, że nie udało się wyjść na godzinny bieg. Wiadomo, że miało być codziennie, prawda?

To nie są banały. To jest strategia małych zwycięstw (która ma swoje solidne oparcie w psychologii). Każde małe działanie, nawet chaotyczne, nieregularne i może nawet odrobinę wymuszone, to:

  1. pożądana dawka dopaminy, sygnał dla mózgu: „Udało się! Mamy sukces!”
  2. przełamanie inercji: najtrudniej jest zacząć. Kwadrans na bieżni jest jak mała dźwignia, która przesuwa wielką, zardzewiałą maszynę. (Nie, to nie Ty jesteś tą maszyną! Chociaż w sumie… zależy, jaki masz do siebie dystans 😉
  3. budowanie tożsamości: mimo że nie byłaś do tej pory regularną biegaczką, przez te 15 minut jesteś osobą, która biega, chodzi, ćwiczy jogę, tańczy czy co tam masz na liście. Tożsamość jest potężniejsza niż nawyk.

Nie dąż do regularności. Nie musisz. Dąż do nieregularnego powrotu do działania.

Nie myśl: „Muszę to robić 5 razy w tygodniu.” Myśl: „Zrobię to teraz. A jeśli nie wyjdzie – spróbuję znowu. Zrobię znowu. I znowu. Nawet jeśli będzie to wyglądało jakbym rzucała monetą.”

Niech Twoją mantrą będzie: „Lepsze to niż nic.” I zrób tak jeszcze raz.

Jeśli ten tydzień wyglądał, jakbyś znalazł się w labiryncie, którego ściany zmieniają położenie za każdym razem, gdy próbujesz podjąć decyzję, a drogowskazy wskazują na „tutaj” lub „gdziekolwiek” – trudno. Zrób 5 pompek dzisiaj. To wszystko. Już wygrałeś.

Nie rezygnuj z dążenia do „lepszego”. Po prostu zrezygnuj z dążenia do „perfekcyjnego”.

Spróbuj tego jutro. Co tam jutro – dziś! I jeśli się nie uda – spróbuj pojutrze. Ja trzymam kciuki. Jak nie ma innych aspektów to i chaos też może być sprzymierzeńcem, nie wybrzydzaj!

Każdy dzień jest tak samo dobrym momentem na podjęcie decyzji o zmianie jak 1 stycznia. Czekanie na „idealny” start tylko utwierdza Cię w poczuciu, że ciągle nie jesteś dość dobry / dość dobra i że teraz to jeszcze nie ten czas. Przestańcie czekać na zielone światło. Ruszajcie teraz. Nie w poniedziałek. Nie po urodzinach cioci. Po prostu zrób to. Zjedz tę zdrową kolację, a jeśli jutro się potkniesz i niechcący zupełnie spędzisz godzinę w cukierni – trudno, kolejna kolacja też może być zdrowa, nawet, jeśli zbłądziłeś.

Chyba najbardziej chodzi o to, żeby nie zamknąć się w kręgu nieudanych prób i wzmacniać wytrwałość. Nie usprawiedliwiać też swoich słabości, ale nie biczować się z ich powodu.

I co? Sama jestem taka mądra, a pisząc ten tekst byłam 2 razy krok od katastrofy 😉 No, drobnego tąpnięcia. Raz pączuś, raz czipsiki. O włos! Tym razem dałam radę. A następnym razem? Nie wiadomo. Jak nie dam rady to postaram się nie biczować za bardzo, tylko w miarę sprawnie wrócić na właściwy trakt. Czego i Wam życzę!