„Kiedyś to można Cię było spotkać w różnych miejscach, a tak ostatnie lata Cię nie widać jakoś, zniknęłaś”. Tak, usłyszałam takie słowa.
No zniknęłam. A w sumie „zniknęłam”. Bo byłam, tylko gdzieś indziej. Swoją drogą – wiele z nas tak „znika”, prawda?
„Zniknęłam” i w tym „zniknięciu” urodziłam dwójkę dzieci i podjęłam decyzję o spędzeniu z każdym z nich pierwszego roku ich żyć. „Zniknęłam” i włożyłam z satysfakcją mnóstwo energii w budowanie nowego obszaru w dużej firmie, który nadal rozwijam.
Kurczę, jak to napisać, żeby nie było ckliwe jak historie zmontowane przez producentów Mam Talent? Może tak: zajmowałam się czymś innym i nic Wam do tego? Trochę nieuprzejmie, prawda? Chociaż, w sumie, to moja sprawa. Ale jednak chcę coś napisać. Ale co? Pracowałam na etacie, działania coachingowe przeniosłam do swojej codziennej praktyki zarządzania, pracowałam z klientami i klientkami indywidualnymi, ale jedynie z polecenia, w pojedynczych sytuacjach.
A w bardziej rozbudowanej wersji może tak:
Wiele ról
Tak to bywa, gdy życie postanawia zafundować nam kurs zarządzania czasem ekstremalnym. W ostatnich latach, drodzy Czytelnicy, miałam zaszczyt piastować rolę dyrektora w dwóch bardzo wymagających „organizacjach”: dużej firmie, gdzie budowanie ścieżek rozwoju i fajnego zespołu jest codziennym, intrygującym wyzwaniem, oraz… w domu, gdzie rola partnerki i mamy na pełen etat nie zawiera opcji urlopu, a w zamian oferuje nieprzewidywalność godną start-upu.
Pomiędzy strategicznymi spotkaniami a gorączkowym poszukiwaniem zagubionego misia, czy między budowaniem zespołu a budowaniem wieży z klocków w salonie, mój „drugi etat” – czyli Wy, coachingowa drużyno – niestety zszedł na dalszy plan. Nie zniknął! On po prostu scalił się z moim życiem zawodowym i osobistym w sposób, który bywa dla wielu z nas zaskakujący.
Może ktoś kiedyś powiedział, że bycie pracującym rodzicem jest jak próba jednoczesnego grania na dwóch instrumentach? Np. fortepianie i perkusji. Na fortepianie, w biurze, musisz grać z precyzją, śledząc nuty i dbając o harmonię całego zespołu. Tymczasem w domu, na perkusji, musisz trzymać rytm, reagując dynamicznie na nagłe wejścia i solówki, które wpadają bez ostrzeżenia – uderzając w talerze, gdy jest gorączka, lub w werbel, gdy trzeba szybko ogarnąć logistykę. Musisz grać oba utwory, na pełnej scenie, jednocześnie. I wiecie co? To jest łagodna metafora. Prawda jest taka, że to jest raczej żonglowanie płonącymi kulami, na ruchomym pomoście, podczas gdy publiczność domaga się bisu. Te role są tak absorbujące, piękne, wymagające i totalnie wypełniające nasze życie po brzegi, że często ledwo widać w nim wolną przestrzeń. (Jaką wolną przestrzeń, co ja piszę 😀 😀 :D)
Codzienność, czyli prawdziwy test coachingu
Muszę się przyznać: lata, w których coaching stał się bardziej praktyką zarządzania moim życiem i standardem współpracy biznesowej, niż oferowaną na zewnątrz usługą, były dla mnie najlepszym poligonem doświadczalnym. Zamiast mówić o zarządzaniu energią, musiałam wdrażać to w życie, by nie paść na nos. Zamiast tłumaczyć, jak ważna jest komunikacja w kryzysie, musiałam ją praktykować o 2:00 w nocy, uspokajając rozgorączkowane dziecko. To jest ta zweryfikowana wiedza w akcji.
Jeśli chodzi o wiedzę psychologiczną… Czy wiecie, ile odporności psychicznej wymaga nieprzespana noc, po której prowadzicie ważną prezentację? Albo jak teorii samoregulacji uczą nas chwile, gdy musimy utrzymać pokerową twarz, negocjując w pracy warunki finansowe, mając w głowie, że w przedszkolu czeka na nas gorączkujący maluch? Nauka, moi drodzy, dzieje się w laboratorium codzienności. A ja zebrałam na to masę nowych, praktycznych dowodów.
Cyfrowa zguba i wymuszona lekcja odpuszczania
A, no i była jeszcze mała cyfrowa katastrofa – kradzież konta na Facebooku (razem z grupą rozwojową) i Instagramie, które były dla mnie łącznikiem z Wami. Straciłam kontakt ze społecznością, którą budowałam. Próby odzyskania… Ten, kto próbował, może się uśmiechnąć razem ze mną.
To była przewrotna lekcja odpuszczania kontroli nad tym, co zewnętrzne, i skupienia się na jakości relacji (tych, które przetrwały w innych kanałach, przeniosły się do „realu” lub pojawiły z polecenia), oraz na istocie samej pracy. Społeczność można odbudować, ale nowe umiejętności i doświadczenie są bezcenne i zostają ze mną.
Powrót? Nowy szerszy horyzont
Wracam do Was z poszerzoną perspektywą, z bagażem doświadczeń, który nie mieści się w standardowej walizce. Żeby nie było domysłów, nie rzucam etatu, o nie – moja ścieżka rozwoju i zespół, z którym mam zaszczyt pracować są dla mnie bardzo ważne. Bez nich nie byłabym dzisiaj w tym miejscu, tak całościowo. Teraz jestem gotowa na to, by świadomie otworzyć z gościnnością drzwi dla tych, którzy potrzebują głębokiej, strategicznej pracy 1 na 1, opartej na psychologicznej wiedzy, ale też na praktycznym życiowym doświadczeniu. Najzwyczajniej w świecie – stęskniłam się za klimatem pracy rozwojowej realizowanej w sesjach.
Zapraszam do rozmowy! Chętnie pomogę Ci poskładać Twoje puzzle na nowo, wykorzystując nie tylko wiedzę z podręczników, ale i tę z placu boju 🙂 Do zobaczenia!